|
|
piątek, 27 maja 2011
popołudniem
Popołudniem będę za Tobą tęsknić, tęsknić do bólu stawów, do bezdechu.
Tymczasem będę tęsknić za sobą, gdzieś zniknęłam.
piątek, 07 stycznia 2011
tobą
Lubię pachnieć tobą. Wieczornym potem całego dnia. I lekko kwaśnym oddechem szybkich kanapek i słodkiej herbaty. Zanurzam palce we włosach, jak woda. Przed oczami mam takie małe kolorowe plamki. Nie chcę odmawiać. Nie umiem odmawiać. Odmawiam. Wieczorami, gdy pachnę tobą, zamykam się pod prysznicem i płaczę. Ściągam kawałki martwego naskórka. I płaczę. Krwawię. Śpij.
środa, 17 listopada 2010
.
Leżę na podłodze. Powoli oddycham kurzem dywanu. Powietrze jest mętne. Smutne. Po szybach ściekają strużki wody. Duszno. Chcę się podnieść, zamrugać, przełknąć ślinę. Jest tak niemożliwie, tak niemożliwie, że leżę. A oni chodzą po pokoju, ścierają parę ze ścian, maseczkami chronią twarz przed brudnym powietrzem. Cicho.
Psss.
poniedziałek, 28 czerwca 2010
ko-b(i)eta
Czasem się zapominam. Czasem dłonie mają kobiece palce. Podkochuję się w takich dłoniach.
Chodź, dotknij.
sobota, 08 maja 2010
we(ł)na
Dziergam sweter z liter twojego imienia. Sweter w rozmiarze XXXL. Żebym mogła w nim zasypiać jak w kokonie. W garnuszku podgrzewam resztki twojej śliny. Wciąż pamiętam, jak pachniesz. Czasem mieszkam w twojej szafie, w tym miejscu po koszulkach. W takie dni jak dziś dałabym się zarżnąć za minutę z tobą. A kiedy/jeśli/czy wrócisz, nadal będziesz mnie kochać?
Zasypiam w swetrze jak w kokonie. To złe sny.
Wróć.
niedziela, 14 marca 2010
w marcu jak w d.
Mam na imię, na imię mam. Ta-dam! Śnieg wpada za kołnierz, spływa po kręgosłupie. Znów jest siny, wiesz?
Zacieram dłonie świeżą kałużą. Zimno.
Kiedy jest zimno, usta się zaciskają. Milczenie przychodzi łatwiej. Jest zimno. Mam na imię... zimniej. Na imię mam. Poznaj-my się. My nie, nie ma my, my nie ma, my.
Świeża kałuża i śnieg na dekolcie. Śnieg na powiekach. Rozmazane cienie i stygnące powietrze. Zimno.
Puste ulice pokornie przyjmują wszystkie bluzgi. Dziś jestem kurwą dla zaśnieżonego chodnika. Przeklinam. I wycieram się świeżą kałużą. Do rana mi przejdzie.
Mam na imię. Na imię mam. Zapomi-nam.
środa, 03 marca 2010
drewniana pułapka
Nienawidzę siebie za cudze oddechy. Wystawiam się naga. Aż zamarznie tchawica. Migają mi przed oczami szczupłe palce. Miliony kościstych palców. Zrywają ze mnie skórę. Nawijają mięśnie w motki. Szklana tchawica spada na podłogę. Głuchy dźwięk starego drewna przypomina dzwięk cudzych oddechów. Skrzypiących i matowych. Nie ma słów na przepraszanie.
Oddycham zamarzniętą tchawicą. Oddycham. Od dycham. dy...
sobota, 23 stycznia 2010
good-najt
Czasem, kiedy to śpi, czuję gęsty dym między nami. Waniliowo-cynamonowy. Jak desery z dzieciństwa. Serek homogenizowany. I jest tak gęsto, że rośnie i twardnieje, aż brak powietrza. I nie mówisz wtedy, że będzie dobrze, że będzie zawsze, że nigdy nie przestanie, nie przestaniesz. Ale ja czuję. W tym gęstym jogurcie z dymu. Czuję, że nie będzie, że przestanie, że przestaniesz. Płaczę. Przez sen. Żeby Cię nie obudzić.
Śpij.
niedziela, 03 stycznia 2010
poniedziałek, 28 września 2009
słoneczna klucha
Siedzę na przystanku. Nie mam siły trzymać się prosto. Zamykam oczy, słońce tak potwornie pali. Mokro. Tysięczna dłoń wymięła mnie dziś i rzuciła po drodze. Jestem tak zmęczona. Za kilka metrów mam swoje łóżko. Siedzę na przystanku. Czekam na autobus. Wstaję szybciej, niż zdążę zasnąć. Mokro.
|